O duszkach, błyskach i efektach bez PS
Listopad 28, 2011
Zanim opiszę poniższe zdjęcia i techniki użyte do ich stworzenia, słowo wstępu o warsztatach na których powstały. Inspiracją do warsztatów kreacji fotografii była ostatnia sesja opisana w relacji z Pragi i Olszyńca. Założenie było takie że każdy z uczestników warsztatów opracowuje własny projekt opowieści fotograficznej. Do dyspozycji mieliśmy apartament w Babka Tower. Utrudnieniem było to że po pierwsze miały znaleźć się ona planie 2 modelki jednocześnie oraz by interakcja między nimi była „bezdotykowa”. Dodatkowo mogliśmy używać tylko modyfikatorów dających „twarde” światło.
Generalnie wszystkie powstałe opowieści spełniły założenia projektu ale zdjęcia Mirki zrobiły na mnie szczególne wrażenie. Temat depresji mocno został zobrazowany a technika dobrze dobrana.
Wbrew pozorom zdjęcia nie zostały poskładane w PS ani nie wykonane techniką tradycyjnej multiekspozycji. Do oświetlenia wykorzystaliśmy 3 lampy. Na modelkę na pierwszym planie lampa 300WS ze snootem, na drugą modelką lampka 120WS z wrotami i gridem, wrota przymknięte tak że lampa świeciła tylko wąskim paskiem, trzecia lampa z czaszą skierowana na przeciwległą ścianę do lekkiego rozświetlania całej sceny. Oczywiście jak łatwo się domyśleć zdjęcia były robione z długim czasem ekspozycji przy włączonych pilotach lamp, natomiast tajemnica dość ostrych „duszków” w kilkukrotnym wyzwalaniu lamp „z palca” w czasie naświetlania obrazu. Światło mierzymy dla pojedynczego błysku. Niestety na materiale światłoczułym rejestrują się dwa rodzaje światła, jeśli zamierzamy robić w kolorze trzeba pomyśleć o filtrach cto lub ctb ale to temat na inny wpis. Dla fotografii czarnobiałej jak w tym wypadku nie miało to znaczenia.
W scenie w łazience poszliśmy już na łatwiznę, tutaj plan oświetlony jest jedną lampą 600WS skierowaną na sufit. Technika wyzwalania lamp taka sama jak w poprzednim ujęciu.
Autorem wykorzystanych zdjęć jest Mirosława Kowalczuk http://fotoimpresje.wordpress.com/
Zdjęcia wykonane na warsztatach kreacji http://www.kursyfoto.eu/kreacja.html
O dymie, lampie i efektach bez Photoshopa
Listopad 12, 2011
„Kiedy pytają mnie”, nie mogłem się powstrzymać żeby nie zacytować prezydenta przy tym tutorialu.
Właśnie, kiedy znajomi pytają jakie filtry i ile warstw w Photoshopie zastosowałem do tej fotki z satysfakcją odpowiadam – żadnych. Zdjęcie powstało w sposób jaki lubię – od pomysłu po końcową realizacje zaplanowany i bez przypadku. Można byłoby oczywiście złożyć go z kilku fotek poświęcając na to kilka godzin, nie licząc oczywiście wykonania tych kilku fotek i grafik. Wybraliśmy sposób łatwiejszy i przyjemniejszy. Do zrobienia zdjęcia potrzeba 3 lamp i wytwornicy dymu. Tu chwilę zatrzymam się nad dymem. Dym z wytwornicy to głównie para wodna i żeby uzyskać efekt jak na zdjęciu trzeba zrobić ujęcie zaraz po wytworzeniu dymu ponieważ później robi się smogowa mgła.
Za modelką umieszczamy światło kontrowe (lampa 300ws z czaszą), z tyłu, na wysokości lampionu trzymanego przez modelka umieszczamy drugą lampę ze snootem . Od przodu scenę oświetlamy lampą 600ws z beautydishem umieszczonym pod kątem 45 stopni w poziomie i pionie (jak podstawowe światło rembrantowskie). Kolor tła nie ma większego znaczenia ale lepiej użyć czarnego lub szarego. Dym powinien być skierowany między światła a modelkę, najlepiej jeśli umieścimy dymiarkę na krześle albo będzie trzymana przez asystenta na wysokości 1-1,2m.
Po kilku minutach kiedy z dym zrobi się smogowatą mgłą można zrobić z tymi samymi ustawieniami, zdjęcie z takim efektem.
Praga, Dom z duszą i chichot Franza Kafki
Październik 20, 2011
Tym razem wyjątkowo nie o świetle, choć na pewno trochę światła się pojawi.
Będzie trochę o inspiracjach, kreacji i podróżach.
Mógłby zapytać ktoś dlaczego zrobiliśmy plener w Pradze a nie np. na Pradze, w Krakowie czy Wrocławiu. Czym różni się wzgórze hradczańskie od wzgórza wawelskiego, most Karola od mostu Poniatowskiego a Vaclavske namesti od Długiego Targu? W zasadzie niczym oprócz tego że jest daleko. Więc po co tłuc się 600 kilometrów? Ano żeby, jak to mawiał mój kolega szkolny „poprzestawiać sobie mebelki w głowie”. Pomijając odległość jesteśmy zupełnie nie u siebie, ludzie mówią w obcym języku, czcionka na znakach drogowych jest inna niż ta, do której jesteśmy przyzwyczajeni. Trochę jak pająk topik ze swoją bańką powietrza, niby wszystko OK ale nie jest to nasze naturalne środowisko. I tu jest sedno. Zwykły kawałek muru z winoroślą nie jest zwykłym kawałkiem muru tylko murem zamku hradczańskiego w Pradze. Możemy sobie pracować nad fotografią w zupełnym oderwaniu od naszego codziennego życia i niewątpliwie jest to inspirujące.
Oczywiście równie dobrze może być to Wiedeń, Budapeszt czy Madryt i nie dla tego że czymś różnią się od Gdańska, Warszawy czy Zamościa, tylko dlatego że nasze nastawienie do nich jest inne – są nam obce.
My postanowiliśmy tej obcości poszukać w Pradze. Organizacja pleneru jest z jednej strony banalnie prosta z drugiej dość trudna. Należy przede wszystkim zebrać kilka osób które będą chętne w tym samym czasie uczestniczyć w takim wydarzeniu, wiadomo, że w kupie raźniej i taniej. Jeśli tak jak my na plener chcemy zabrać trochę sprzętu fotograficznego, modelki, ciuchy do stylizacji, wizażystkę z wielkim kufrem mazideł, to odpada pociąg i samolot, nawet dla kilkunastoosobowej grupy byłoby to nieekonomiczne. Wybraliśmy się więc samochodami, dwa dla 9 osób w zupełności wystarczyły. Wyjazd w piątek po południu trasą katowicką okazał się niekoniecznie szczęśliwym wyborem, trasa do Piotrkowa Trybunalskiego zajęła nam 4 godziny (130 km). Potem już było lepiej ale i tak na nocleg w Olszyńcu dotarliśmy około północy. Plan wyprawy był taki żeby noclegi i niedzielny plener zrobić w Polsce, natomiast sobotę spędzić w Pradze na street fashion (jak było do przewidzenia z tego street mało wyszło bo tłumy w mieście są wszędzie jak na Krupówkach. Nocleg zapewnił nam „Dom z duszą”, fantastyczna agroturystyka prowadzona przez Państwo Podhajskich w zabudowaniach karczmy sięgających historią XVIII wieku. Dzień zaczął się o 5 rano, kiedy fotografowie jeszcze przekręcali się na drugi bok modelki i wizażystka pracowały już nad tym żeby sesja w Pradze wypadła zadawalająco. O 8 byliśmy już po czeskiej stronie granicy. Droga przez malutkie miejscowości które wyglądały jak by niedawno jeszcze przejeżdżał nimi Franciszek Józef, w miarę szybko doprowadziła nas do autostrady. Źle przyzwyczajeni do łamania i naginania przypisów drogowych możemy w Czechach czuć się dziwnie – tam nikt nie przekracza dozwolonej prędkości. A przepraszam, Polacy przekraczają … Ale podejrzewam że tylko do pierwszej kontroli, mandat za przekroczenie prędkości kosztuje od 5 do 10 tys koron czyli 700-1500 zł.
Przed 11 dotarliśmy do Pragi. Zostawiliśmy auta na P+R przy stacji metra Rajska Zahraa i …
Zamiast szybko dostać się do centrum zaczęliśmy zabawę w „kup bilet”. Historie o tym, że Czesi nie są sympatyczni na pewno są przesadzone, ale my akurat mieliśmy nieszczęście na kilku takich trafić. Pan w kasie biletowej sprzedał nam 2 bilety dobowe i zamknął okienko, stwierdził że bilety dobowe się skończyły. W automacie sprzedaż tylko na monety a my mamy banknot 1000 koron. Na prośbę o zamianę na drobne kasjer wymyślił „kombinację alpejską” – mamy przecież 2 bilety ktoś może pojechać na sąsiednią stację i dokupić resztę. Cóż było robić wsiadłem w metro i na stacji Cerny Most rozpocząłem poszukiwania kasy. Dwie rundki naokoło i dopytywanie się w informacjach (informacji jest trzy, kasa jedna) doprowadziło mnie do małego nieoznakowanego okienka w którym w końcu udało mi się kupić brakujące bilety.


Rozpoczynamy wycieczkę po Pradze. Metro praskie jest rewelacyjne, może nie takie ładne i nowe jak warszawskie ale za to 3 linie i łatwość dostania się w każde miejsce. Przesiadka na stacji Mustek i wysiadamy na Malostranskiej. Po 300 metrach jesteśmy pod wzgórzem hradczańskiem. Trochę czuję się jak w Krakowie- podobna architektura i tłumy polskich turystów. Rezygnujemy z wchodzenia do zamku, w tłumie który się tam przemieszcza o robieniu zdjęć nie ma mowy. Znajdujemy sobie tarasik przy południowym murze z panoramą na starą Pragę i rozkładamy fotograficzne zabawki. Wbrew obawom nawet rozłożona blenda nie spowodowała interwencji strażników zrobiło się za to pustawo. Tłumek przyglądał się wprawdzie z wyższego tarasu i schodów ale nikt nie wchodził w kadr.
Po godzinnej sesji modelki zmieniły stylizacje i powędrowaliśmy w stronę najsłynniejszego praskiego mostu. Most Karola fotograficzne można wykorzystać wcześnie rano albo późno wieczorem. Przejście nim z jednej strony Wełtawy na drugi, to mniej więcej jak przejść o godz. 15 z czoła na koniec pociągu z Warszawy do Żyrardowa. Ale wystarczy zejść w uliczkę Cihelną i mamy piękny widok na most. Zupełnie pusto, całkiem niezłe miejsce do zdjęć, podobnie dalej, uliczka z pomostami dla statków wycieczkowych zupełnie pusta a równie malownicza.
Po drugiej stronie rzeki wypatrzyliśmy pod mostem fajną knajpkę z tarasem na wodzie. Dojście okazało się dość skomplikowane – najpierw okrążenie całego kwartału ulic, potem zmyłka w postaci nocnego klubu Lavka, przez który trzeba przejść żeby dojść do knajpki i w końcu jesteśmy. I tu znów opowieść o niemiłych kelnerach w Pradze okazuje się nieprzesadzona. Siadamy i czekamy na kelnera, ludzi w sumie nie ma ale nie chcemy przed zamówieniem zaczynać fotografowania, żeby obsługa nie okazała się nie miła. Kelner zdaje się nas nie zauważać, tak chyba wpływa na nich to że rozmawiamy po polsku, ale i Węgrzy i pozostali z byłych demoludów są traktowani równie po macoszemu. W końcu podchodzimy do baru i tu dowiadujemy się że jak coś chcemy to trzeba czekać. Nic odkrywczego ale mamy wyjaśnioną sytuację. Po zamówieniu kawa i reszta pojawia się nad podziw szybko a my w tym czasie już jako pełnoprawni klienci focimy sobie w malowniczym, pustym kącie tarasu.



Wielkimi krokami zbliża się 17 i żeby złapać jeszcze w okolicach rynku słońce w „złotej godzinie” szybko przedzieramy się przez tłum. W głównych uliczkach tłok jak w tramwaju, ale udaje nam się jeszcze złapać fajne światło. I tu dopadł nas chichot Franza Kafki . Przy Staromestke namesti 606 w bramie przed wejściem do Galerii Praskiej bez rozkładania sprzętu cięższego kalibru robimy kilka fashionowych fotek na co z recepcji wypadają panowie ochroniarze i bez możliwości dyskusji każą oddać film z analoga. Tłumaczenie że nie ma zakazu nic nie daje, kilka fajnych klatek z poprzedniej lokalizacji poooszło. Atmosfera fajnego fotograficznie dnia odchodzi, wraz z nim światło.
Trzeba się zbierać. Jeszcze tylko wpadamy do rewelacyjnego baru szybkiej obsługi Havelska Koruna, na rogu Havelskiej i Melantrichovej. Knedliki, omaska i kuricki kotlet za 130 koron trochę poprawiają humor.
Metro, autostrada, droga przez Sudety i jesteśmy z powrotem w Olszyńcu.
Rano śniadanie, wizaż i zaczynamy sesje w „Domu z duszą”. Do dyspozycji mamy piętro z dwoma klimatycznie urządzonymi pokojami, równie ciekawy hol i wielką pustą salę ze sceną. Cyfraki doświetlamy sześćsetką Quantuum, z półtorametrową oktą, do analoga dobrze sprawuje się zabytkowa lampa Osram ze stałym światłem, zmiękczona przez gobo w moje ulubione „robaczki”.









Po godz. 16 żegnamy się przemiłymi gospodarzami i wyruszamy z powrotem, jeszcze tylko mandat i 6 punktów i jesteśmy w domu. Sporo zdjęć do przejrzenia, tyle samo nowych doświadczeń i kilka nowych inspiracji. Polecam czasem zamiast po raz kolejny robić sesję w pobliskim parku wybrać się do Pragi.
Gobo – co to i z czym to zjeść
Wrzesień 20, 2011
Światło ostrego zachodzącego słońca, przechodzące przez wpół zamknięte żaluzje oświetla modelkę tworząc atmosferę jak ze starego filmu.
Fajnie trafić na takie światło i mądrze je wykorzystać. Ale znając prawo Murphiego jeśli pojawimy się w tym samym miejscu o tej samej porze dnia to właśnie będzie pochmurno albo właściciel lokalu zastąpi żaluzje zasłoną w kapuchy. I co? Wpadamy w panikę bo klient zażyczył sobie właśnie takiego zdjęcia?
Nie, zawsze jak w starym dowcipie mamy co najmniej 2 wyjścia. Możemy w studio zbudować scenę z oknem z żaluzjami całą baterię świateł jaką mamy umieścić za oknem i uzyskamy pożądany efekt. Wyjście profesjonalne a co za tym idzie drogie.
Drugim wyjściem jest zastosowanie odpowiedniego gobo. I tu dochodzimy do tematu „Co to to gobo i z czym się je”. Najprościej ujmując gobo to element, który przesłania nam światło. Do gobo zaliczamy zarówno zastawki zwane popularnie „murzynami” jak i efektowe dyfuzory. I znów mamy 2 wyjścia. Są bardzo fajne nasadki spotowe na lampy z możliwością mocowania firmowych masek gobo, mają tylko 2 wady nie ma możliwości robienia własnych masek i są dość drogie. Drugie rozwiązanie to własnoręcznie wykonane gobo. Wystarczy kawałek nieprzezroczystego materiału np. tektury. Wycinamy z niego odpowiedni kształt i umieszczamy na drodze światła. W poniższym przykładzie zastosowaliśmy 1 lampę 600WS z założonym snootem (strumienica) i kartonowe gobo w kształcie koła o średnicy około 20 cm z wyciętym żeberkowaniem. Lampa umieszczona od modelki około 3 metrów, gobo około 1 metra od lampy.

W zdjęciu poniżej to samo gobo obrócone o 90′ dały równie ciekawy efekt (dziękuję za fotkę Adamowi)
Innym zastosowaniem gobo jest budowanie przestrzeni w zdjęciach we wnętrzach. Częstym problemem w zdjęciach modelki we wnętrzu jest to że światło zastane jest zbyt słabe lub kapryśne – pojawia się zazwyczaj wtedy kiedy już znudzeni czekaniem zwijamy sprzęt. Natomiast uzyskanie sztucznego światła które skutecznie i ładnie udaje światło zastane zazwyczaj duże koszty. I tu znowu z pomocą przychodzi nam kawałem kartonu z którego zrobiliśmy gobo.
Na poniższej sesji po ustawieniu klasycznego oświetlenia – lampa z oktą jako światło kluczowe i wypełniające lampą z softboksem ustawione pod kątem 45’ do modelki, dodaliśmy lampę bez modyfikatora a przed nią w odległości około 1 metra duże (100x70cm) kartonowe gobo z wyciętymi „robaczkami”. Jak widać na ścianie powstał efekt światła z okna zasłoniętego wzorzystą firanką.

Warsztaty aktu klasycznego
Sierpień 8, 2011
Przeróżni znawcy tematu uparcie twierdzą że akt to najtrudniejsza z form fotografii. Zazwyczaj jak słyszę tą bzdurę to szybko wyrabiam sobie opinię na temat “znawcy”. W praktyce nie ma różnicy między dobrą fotografią aktu a dobrą fotografią mody, przedmiotu czy krajobrazu. Każdy sprawnie operujący sprzętem fotograf jest w stanie zrobić każdy rodzaj fotografii na poziomie poprawnym. Ale… Zawsze jest jakiś haczyk
.
W fotografii studyjnej np modowej niewielkie błędy oświetleniowe możemy fotografowi wybaczyć, częściowo pokryje je kolor, faktura materiału. Nasza uwaga rozprasza się i część niedoskonałości umknie naszej percepcji. Natomiast w fotografii klasycznego aktu ukrycie błędów oświetlenia i kompozycji jest praktycznie niemożliwe, szczególnie jeśli robimy fotografię monochromatyczną. Całe nasza uwaga skupiona jest na formie budowanej światłocieniem, każda niedoskonałość podana jest jak na talerzu.
W ramach ostatnich warsztatów, przećwiczyliśmy kilka setów oświetleniowych dobrze wpisujących się w temat aktu klasycznego.
Poniżej schematu ustawienia lamp i efekt ich zastosowania.
Nazywam to ustawieniem zerowym. Tak naprawdę nic się nie dzieje ciekawego. Wykorzystane światło to lampa 300WS z dużym softboxem, ustawiona do wysokości modelki. Oświetla nam lewą stronę modelki, ale daje też światło na tło co powoduje że światła na ciele modelki inie odcinają się ładnie od tła.
Dobrym sposobem na zaradzenie temu jest wykorzystanie zastawek.

Przysłonięcie lampy od strony tła spowodowało że szare tło zrobiło się optycznie czarne, mocno zarysowały się światła na lewej stronie modelki a cienie po prawej wtopiły się w tło.
Czasem chcielibyśmy żeby na prawej stronie modelki pojawił nam się lekki obrys.

Nic prostszego, dodajemy z tyłu po prawej stronie jedną lampę, w tym wypadku wykorzystaliśmy lampę o mocy 300WS na minimalnej mocy, jako modyfikator użyty był snoot, zwany też tubusikiem
. Użycie snoota w tym przypadku wymaga pomocy asystenta, który będzie dbał żeby światło było skierowane na pożądane przez fotografa miejsce, modelki to często ruchliwe osóbki a światło modyfikowane snootem ma ograniczone pole świecenia. Do oświetlenia całej postaci trzeba byłoby użyć lampy z plastrem miodu i wrotami.
Powyżej prezentuję zupełnie odmienne od poprzednich oświetlenie. Niepopularnie nazywane contre-jour co zdaje się znaczy “złe oświetlenie”
, u nas to popularna kontra . Taki sposób świecenia faktycznie nie każdemu się podoba i wymaga precyzyjnego przemyślenia kadru ponieważ w zasadzie mamy do dyspozycji tylko czerń i biel więc obrazek musi być zakomponowany głównie formą.
Do świecenia użyliśmy składanego tła podświetlanego high lite, rozświetlanego dwiema lampami 300WS na pełnej mocy. Widziałem też do tego typu zdjęć konstrukcję z dużej płyty mlecznej plexi oświetlonej z tyłu światłem lampy 1000WS odbitym od ściany za płytą, efekty były podobne.
To dość popularne światło wśród świateł aktowych używanych w studio. Lampa 300WS z dużym softboxem zawieszona nad modelką. Światło dobre do kompozycji w których modelki siedzi lub leży na tle. Trzeba tylko zwracać uwagę na tworzące się cienie, światło skierowane z góry na twarz ma tendencje do robienia tzw “misia pandy” całkowicie zaciemniając oczy i dół twarzy. Poza tym bardzo ładnie modelują ciało.
Odmianą tego setu oświetleniowego dla modelki stojącej jest dodanie na dole blendy lub małej lampy rozświetlającej cienie. Tego niestety z braku czasu tym razem nie przerobiliśmy.
100% klasyki oświetlenia. 1 lampa o mocy 600WS na pełnej mocy. Niby nic skomplikowanego a efekt całkiem ładny. Tajemnica tego światła tkwi w mocnym cieniu za modelką. Warunkiem jest takie ustawienie modelki względem światła żeby powstał ładny zróżnicowany cień a nie nieforemna plama.
To ustawienie bardziej beauty niż aktowe ale jak widać na poglądowym zdjęciu do aktu też daje radę. Wykorzystaliśmy z przodu lampę 600WS z beutydishem z plastrem miodu umieszczoną w osi modelki na wysokości 2,8 skierowaną na modelką pod kątem 45′, na tło zaświeciliśmy lampą 300WS na minimalnej mocy.
To jest ustawienie typu “wszystkie ręce na pokład”. Oświetlenie dobre do zdjęć typu glamour. Ogólnie dalekie od klasycznego aktu. Do użycia go na warsztatach skłoniło mnie znalezienie tego naszyjnika produkcji młodej artystki http://www.amilva.deviantart.com/ i inne ustawienie oraz pokazanie w monochromie pożądanego efektu.
Podstawowa lampa to 600Ws z beautydishem z plastrem miodu, dwie wypełniające 300WS z softboxem po prawej i olewej stronie modelki niemalże w osi, lampa 300WS z kloszem na tło, lampa ze snootem na włosy, dodatkowo mała lamka 120WS z małym softboxem pod nogami do rozswietlenia cieni. Ufff dużo tego do opanowania. Przy tego typu światłach trzeba pamiętać że mamy światło kluczowe, światło wypełniające oraz światła pomocnicze i jeśli włączymy je wszystki z taka samą mocą to nasz obrazek straci światłocienie i pozostanie nam kolorowa plama. Dwa proste triki pozwolą nam uzyskać i prawidłowo i miły dla oka obraz.
Teoretycznie jesli zaczniemy ustawiać oświetlenie wg algorytmu -każdej kolejnej lampie odejmujemy 1 podziałkę mocy od poprzedniej, gdzie pierwszą lampą jest kluczowa, drugą pierwsze wypełnienie, trzecią drugie wypełnienie, czwartą oświetlenie tła, piąta lampa na włosy, powinien wyjść ładny światłocień ale w praktyce bywa różnie. Pierwszy trik to ustawienie do podglądu efektów oświetlenia na zdjęciach w aparacie trybu monochromatycznego, drugi to włączanie lamp po kolei i sprawdzanie jak rozkładają się cienie. To działa
I na koniec jeszcze jedno klasyczne ustawienie. Efekt nieznacznie podobny do światła z góry ale ustawienie zupełnie inne. 2 lampy 300WS z softboxami położonymi lub umieszczonymi na niskich statywach tzw “pieskach” za modelką w kierunku fotografa pod kątem 45′. Światło ładnie modeluje ciało nie tworzy brzydkiego cienia na twarzy. Ustawienie do kompozycji gdzie modelka siedzi na podłodze, analogiczne dla modelki siedzącej będzie ustawienie z lampami na statywach do wysokości modelki.


































